poniedziałek, 17 kwietnia 2017

- 3.2 -

Siedziała na wąskim tarasie z książką w ręku. Próbowała się skupić na czytanej opowieści, ale znamię piekło niemiłosiernie, przypominając, że jej własna dusza wyrywa się do samego diabła. Potarła nadgarstkiem o biodro i z głośnym westchnieniem odłożyła lekturę na stolik. Poprawiła się na wiklinowym fotelu, przyglądając się krajobrazowi, który rozciągał się przed nią.
Morze wysokiej trawy przeciętej wąską ścieżką, którą chodziła zawsze, gdy miała dość siedzenia w tym domu. W oddali majaczyła ściana lasu, do której nigdy nie dotarła, nieważne jak długo szła.
Michał uważał, że na tym pustkowiu będzie bezpieczna, a choć tego nie powiedział, niemal miała pewność, iż anioł nałożył jakąś barierę, która odcinała to miejsce od całego świata.
Nie mogła narzekać na złe warunki, ale czuła się tu nie na miejscu. Michał zadbał, żeby w domku znajdowało się wszystko, czego tylko mogła potrzebować. Poza tym, regularnie ją odwiedzał, przynosił najpotrzebniejsze rzeczy, a co najważniejsze – dotrzymywał towarzystwa. Czasami jednak miała ochotę go czymś rzucić. Nie pomagał jej, gdy opowiadał o tym jak mota się Lucyfer. W takich chwilach nabierała wątpliwości i sama chciała wrócić do bruneta.
Przymknęła oczy i wsłuchiwała się w dźwięki otaczającego ją świata, które w delikatnej melodii powinny pieścić zmysły. Tylko, że ona wciąż czuła niepokój, który nie chciał jej opuścić nawet na krótką chwilę.
Z głośnym westchnieniem wstała z fotela i ruszyła w stronę drzwi balkonowych. Spacer powinien jej dobrze zrobić, bo gdy pozostawała w bezruchu, napływały ją wspomnienia, których uparcie nie chciała przyjąć za swoje. Należały do Aksel, do ponoć jej dawnego życia. Co wydawało się cały czas równie absurdalne jak fakt, iż poznała samego Lucyfera, a na dodatek odwiedzał ją archanioł Michał.
Zamknęła za sobą szklane skrzydło drzwi. Rozejrzała się po pokoju i podeszła do kanapy, na której leżała jej rozpinana bluza. Wzięła bladoniebieski materiał, po czym skierowała kroki na korytarz. Schody pokonała zaledwie w kilka sekund, ale zanim wyszła na zewnątrz, spojrzała w lustro.
– Kim ja właściwie jestem... – wyszeptała, przekrzywiając delikatnie głowę i przyglądając się swojemu odbiciu. Podobieństwo do dziewczyny, która oddała życie za ludzkość, a może bardziej za Lucyfera, było nie do zaprzeczenia. I te kłębiące się w niej uczucia... Sama nie wiedziała do kogo należały bardziej, czy do Aksle, czy może Erimii. Odrywając wzrok od swojej twarzy, odwróciła się w stronę drzwi.
Gdy już znalazła się przed budynkiem, podniosła głowę, chcąc się upewnić, że nie zacznie padać. Odruchowo podrapała znamię i skierowała na nie brązowozłote tęczówki. Przez chwilę wpatrywała się w znak na skórze, jakby oczekiwała, że samo spojrzenie wystarczy, żeby uciążliwe pieczenie dało jej w końcu spokój.
Narzuciła na ramiona bluzę, a dłonie wcisnęła w kieszenie jasnych spodni. Każdy krok odznaczał się cichym mlaśnięciem trampek na błotnistej ścieżce. Wciągnęła powietrze nosem i wypuściła ustami. Powtórzyła tę czynność kilka razy, ale utwierdziła się tylko w przekonaniu, że to już dawno przestało ją uspokajać.
Miała serdecznie dość tej całej sytuacji. Tego zawieszenia, w którym tkwiła, a nikt nie potrafił jej pomóc się z niego wydostać. Jak się okazało ani anioły, ani demony nie miały takiej mocy, a ona po prostu chciała spokojnego życia. Wspomnienia Aksel, tylko mąciły jej w głowie i powodowały ten dziwny uścisk w żołądku, który towarzyszył jej za każdym razem, gdy myślała o Lucyferze.
Z każdym pokonanym metrem czuła większy niepokój. Początkowo sądziła, że to niechciane uczucie miało związek z nią, ale zaczęła w to wątpić. Triquetra zapiekła niemiłosiernie, wyrywając z gardła dziewczyny przeciągły syk. Rozejrzała się nerwowo wokół siebie, jakby spodziewała się, że ktoś ją zaatakuje.
Zapięła suwak bluzy pod samą szyję i zawróciła. Przyspieszyła kroku, zupełnie jakby zaraz spomiędzy drzew za jej plecami, miało wyskoczyć stado demonów, żeby się na nią rzucić. Nie potrafiła powiedzieć skąd to absurdalne przekonanie o zagrożeniu, ale tak własnie było. Czuła, że coś nie gra, że coś lub ktoś ją obserwuje i tylko czeka na dogodny moment, aby na nią napaść.
Zatrzymała się gwałtownie, a szeroko otwarte oczy, wpatrywały się w postać, która zmierzała do niej leniwym krokiem. Nie musiała się przyglądać, żeby wiedzieć kim jest ów intruz. Smukła sylwetka i widniejące za jej plecami białe skrzydła, mówiły wszystko.
Na ustach anielicy błąkał się szaleńczy uśmiech, a chłodny wiatr zdawał się nie robić na niej najmniejszego wrażenia, gdy wdzierał się pod cienki materiał, jasnej szaty.
Erimia wstrzymała oddech, a przerażonym wzrokiem błądziła po otoczeniu w poszukiwaniu ratunku. Może gdyby została w domy... Ale teraz za późno było płakać nad rozlanym mlekiem, bo Mishaja podchodziła coraz bliżej, aż zatrzymała się zaledwie na wyciągnięcie ręki przed dziewczyną.
– I jest moja zguba. – Melodyjny głos przetoczył się po przestrzeni, a wiatr momentalnie ucichł. – Michał się postarał, żeby cię dobrze ukryć. W ogóle nie wiem, co oni wszyscy w tobie widzą. Jesteś tylko nędznym robakiem, którego już dawno powinnam się pozbyć.
– Przecież nic nie zrobiłam – wyjąkała rudowłosa, bezwiednie się cofając.
– Nie udawaj. Zabrałaś mi go – syknęła, zaciskając jednocześnie dłonie w pięści. – Miał być mój! Samael mi go obiecał, a ty wszystko zepsułaś! Ale drugi raz nie popełnię tego samego błędu.
Anielica rozłożyła szeroko skrzydła i jednym z nich uderzyła Erimię, która z wylądowała kilka metrów dalej. Zderzenie z ziemią wycisnęło z jej płuc powietrze, powodując bezdech. Przez kilka długich sekund leżała na plecach, rozpaczliwie starając się nabrać w płuca niezbędnego do życia tlenu. Czuła, jakby w nieszczęsny organ wbijano tysiące szpileczek, tylko po to, żeby powoli zakończyć jej żywot.
W końcu, gdy zaczerpnęła powietrza, nad nią zamajaczyła ściągnięta złością twarz. Jednym, mocnym szarpnięciem Mishaja postawiła przerażoną dziewczynę na nogi, tylko po to, żeby ponownie ją uderzyć.
Anielica dawała upust swojej złości na kruchym ciele rudowłosej, aż ta nie była wstanie nawet próbować się bronić, choć i tak nie miała na to większych szans. Sukcesywnie siły opuszczały ją, a każdy kolejny atak, nie robił już takiego wrażenia.
Gdy Erimia znów wylądowała na plecach, z cichym jękiem wydobywającym się z jej ust, obróciła się na brzuch. Palce zacisnęła na kępach trawy, chcąc się na nich wspomóc, żeby przesunąć się do przodu. Uniosła nieznacznie głowę i spojrzała na ścianę lasu w oddali. W jej głowie kołatała się pojedyncza myśl, której tak bardzo chciała się pozbyć, a jednak w tym momencie chwyciła się jej jak koła ratunkowego.
– Lucyfer... – Jej głos był cichszy od szeptu. – Potrzebuję cię...

***

Mężczyzna zamknął za sobą drzwi i zamarł. Przez jego zmęczony umysł przetoczył się damski głos, którego nie mógł zignorować. Nie, żeby chciał, bo doskonale wiedział do kogo należał, ale tu chodziło o coś innego. Czuł jak ten słaby dźwięk wiąże jego duszę i ciągnie w nieznanym kierunku. Zamrugał zdezorientowany, bo nagle dotarło do niego, że ona go wezwała, a to wezwanie było znacznie silniejsze niż to, którego używał zazwyczaj Michał. Brata potrafił zignorować bez przykrych konsekwencji dla siebie, a w tym przypadku, czym dłużej stał tym większy ból odczuwał.
Zmarszczył brwi, a po chwili jego oczy rozszerzyły się w przerażeniu. Jeśli ona go wezwała, to coś musiało się stać. Przecież nie chciała go widzieć, a jeśli zdecydowałaby się na spotkanie z nim, to zapewne Michał by ją przyprowadził.
Jego serce podjęło nerwowy rytm, a już w kolejnej sekundzie czarne skrzydła rozpościerały się za jego plecami. Przymknął powieki i zniknął, wiedziony wewnętrznym przymusem.

1 komentarz:

  1. Jak mnie jest szkoda tej dziewczyny ;-; Straszne samo w sobie wydaje się stracić wspomnienia całego życia, może pomijając ostatni rok. Szukała odpowiedzi, a wplątała się w wojnę, bo ta wyraźnie wciąż trwa – z tym, że nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. I zamiast cokolwiek wyklarować w kwestii tego, kim jest, ma jeszcze większy mętlik w głowie. Już nie wie czy jest Aksel, która tak bardzo tęskni za Lucyferem, czy może sobą… I to musi być okropne – ten brak pewności co do własnej tożsamości. Erimia jest tutaj największą ofiarą, zresztą nie zasłużyła sobie na to.
    Ech, Michał nawalił – tak delikatnie rzecz ujmując. Niby kryjówka jest dobra, bo wyraźnie z tym miejscem coś jest nie tak – to wywnioskowałam po stwierdzeniu, że nieważne ile szła w stronę lasu, nigdy do niego nie dotarła – ale upartej anielicy wyraźnie to nie przeszkadzało. Erimia wezwała Lucyfera, a facet wyraźnie się przejął, więc… Jestem ciekawa, jak to się skończy ;> Drugi rozdział, a tu już szykuje się walka i wejście „księcia na białym koniu”. W sumie książę się zgadza, jakby się uprzeć, bo Książę Ciemności, tylko zamiast białego konia mamy czarne skrzydła :V
    Lecę dalej, bo teraz tym bardzie chcę wiedzieć, co się wydarzy. Nie sądzę, żebyś zabiła mu teraz Erimię, skoro ledwo przecierpiał Aksel =P

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń